Feeds:
Wpisy
Komentarze

dobry początek dnia

Wracałam do domu po nocnym dyżurze w hotelu. Stałam na przystanku SKM Sopot Główny i czekałam na pociąg w kierunku Gdańska. Było ciepło i bardzo słonecznie a na moich oczach rozegrała się scena tyleż złowieszcza co dosadna. Scena-symbol można by rzec i jestem pewna, że gdyby świadkiem jej był poeta, malarz, po prostu człowiek z talentem, świetny utwór/znakomity obraz.. mógłby na bazie tego doświadczenia powstać. Prosto i dosanie – kruki zjadły na torach gołębia..żywcem..po prostu.

 

Kruk krukowi oka nie wykole

kruk krukowi świerzego grobu nie zdradzi

Bracia od gniazda, razem odchowani

Codzień w stadzie, codzień stają się łowcami

 

[..] – ten fragment w obróbce ;)

 

A gdy młode słońce po niebie już stąpa

Jednoczą siły by ślad po Nadziei nie pozostał

Ból i żądza w sennych oczach widzów

Żaden nie żałuje ceny biletu

 

Krew na białych piórach

Bez strachu, żalu czy łez

Symbol rzucony w piach

Natura gości w ich oczach, nie gniew

 

I kiedy Nadzieja ostatnia umarła

bez braw i bisów spektakl dobiegł końca

Nie znalazł się oprawca, nie znalazł obrońca

natchnienie przychodzi po..

Czy już tylko ja dbam o rozwój duchowy naszej strony..również internetowej?

Sprężyć sie proszę i jaki liryk na cześć mą na stronce umieścić – dzień urodzinych mych już bliski ;)

 

No chodź..

Pokłon złożę na tronie miłości

-Zajęty

 

Położę więc kwiaty na grobie czci nieznanej

Imieniem nie nazwę, tajemnicą pozostanie(sz)

-Niepamięć

 

Twoje marzenia przykryję kloszem by świat nie dowiedział się czego pragniesz

-Słabość

dla Twojego Dobra

 

Usta będę ci całować w nieskończoność aby Bóg jeden wiedział co chcesz wykrzyczeć

-Żal

dla mojego Dobra

 

Twoje myśli mnie tylko znać będą

Piękną jak wiosenny poranek, namiętną

 

Żar bije z serca mego

ujście znalazła duma urażona

w Miłości Własnej pogrążona.

-Głupota nie boli, Ślepota tak

 

Jak Feniks uczucie się spala

widowisko oświeconych godne, ale popioły zostają

I zapomniałam tylko, że plotka języki bawi

Aby odrodzić się, trzeba zranić

‘Czarnoziem’

W skrócie powiem, że byłam strasznie ‘pissed’ kiedy to pisałam a kartka z zapiskami leżała do dziś nietknięta od końca stycznia, bodajże. Nie miało to być piękne i piękne nie wyszło, a ja tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że nie idzie mi pisanie wierszy po polsku..eeeh…

‘Czarnoziem’

Chwast ni choroba cieniem nie musnęły
Piękną i żyzną, bez skazy Natura zrodziła
by życie dawała i ludzkie oczy cieszyła.

Lata mijały, nieodkrytą trwała
aż zjawił się pierwszy, którego uznała.

Przyjęła wędrowca pragnąc by pozostał
a on otrzepał buty z kurzu i ogryzek jej posłał.

Pestka schronieniem robaczego pomiotu była
a ziemia ślepą będąc nowemu życiu nie odmówiła.

W piaski ruchome wnet odmieniona,
nienawiścią do cna przesycona,
nie widzi kogo wciąga w swe kojące ramiona.

Goryczą przesiąknięta
o zemście jedynie pamięta,
by zgubę nieść. Jest jak pustynia przeklęta.

Zawiści plon wydany
Co roku po trzykroć spotęgowany.

Wiatry okrutne namiętnością jej targają
Jak płomienie zeschłe kwiaty miłości trawią.

Z losem niepogodzona
nie modli się lecz głos ku niebu wznosi
Krzyczy i zaklina tylko i o nic już nie prosi

Złe ziarno tak od środka trawi,
że z najlepszej gleby plon człowieka dławi
Naga trwa i popękana
lecz kara wciąż nie sięga jej tyrana.

Marcin Radoła

Chłopcy
Z szarości Dnia i nocy
Z ulic niekochanych
Zapomnianych przez Boga
Tworzą się  osobowości
Oni  nie znają dla siebie litości
Pójdą i i zgasną
Kiedy matka noc weźmie
ich w objęciach ciemności

Ironiczni wściekli
Zbuntowani
Zrzucą kajdany ludzkiej obojętności
W ślepej furii swej dumy
Rozpłyną się w teraźniejszości
W tym  obrazie nienawiści
Coś nieprawdziwego się
Rysuję
Oni też marzą , śnią
I kochają
Nie zdejmą maski do ostatniej chwili
Bo boją się swojej pierdolonej wrażliwości
Boją się ze ktoś ich zrani
I pozbawi ich godności .

Zapis snu z 12

Dla Czarnej Małpy za to że jest, tak po prostu.

 

Leżał w niej. Leżał tak całkowicie nią otulony. Nie obchodziło Go nic poza Nią. Liczyła się tylko Ona i te uczucia, które Jej towarzyszyły. Byli jednością. Wilk i Ona. Gdyby tylko było to możliwe został by w takim stanie do końca świata. Czuł się bezpieczny i spokojny w Jej objęciach. Jednym dotykiem, jedną pieszczotą i jednym spojrzeniem przekazywał Jej więcej niż tysiącem słów. Ona o tym wiedziała i odwzajemniała to wszystko. Żyli tylko sobą i dla siebie. Nagle On poruszył się niespokojnie. Działo się coś, co nie powinno mieć miejsca. Ona otuliła go szczelniej chcąc by znów poczuł się tak bezpieczny jak dawniej. Wtedy z niej wyłoniła się Istota. Była to postać o ludzkich kształtach, lecz niemożliwej do określenia płci, utkana z czystego światła. Sprawiało ono wrażenie ciepłego i przyjaznego widoku, lecz gdy tylko znalazła się bliżej poczuł bijący od niej chłód. Jedyną jej częścią, która nie pasowała do reszty były skrzydła, które wydawały się zrobione z rdzy. On wyciągnął rękę do Istoty. Ona widząc, co robi, otuliła go jeszcze mocniej. On zaczął się miotać. Brakowało mu powietrza. Zaczął się rzucać. Zapragnął powietrza. Chciał tylko tego, aby Ona znalazła się jak najdalej. Wyciągnął dłoń do Istoty mając nadzieje na to, że ona wyrwie go z Jej objęć. W jego oczach było niemal desperackie błaganie o pomoc. Istota nie zaszczyciła go nawet spojrzeniem. On mimo tego chwycił się jej. Wraz z tym ruchem odrzucił Ją. On, Wilk, odrzucił swój Mrok. Gdy tylko wyrwał się z Jej objęć odetchnął z ulgą. Mimo tej ulgi czuł, że zostawił w Niej cząstkę siebie. Cząstkę, której już nigdy nie będzie dane mu odzyskać. Obejrzał się za siebie. Spojrzał na Nią ostatni raz. W jego oczach tym razem czaiła się niewypowiedziana tęsknota za czymś, co nie wróci. Nawet nie zauważył, kiedy nieświadomie puścił Istotę. Zaczął spadać. Coraz niżej i niżej. Pustka, w której był nie miała końca a on spadał. Zarówno Ciemność jak i Istota zniknęły już z jego pola widzenia. Nie było już niczego. Tylko On spadający coraz niżej. Zamknął oczy tak jakby w każdej chwili spodziewał się zderzenia z podłożem, lecz ono nie nastąpiło. Uczucie spadania gwałtownie zniknęło. Otworzył oczy. Stał na plaży. Wiedział to bez potrzeby rozglądania się po okolicy. Przed Nim rozpościerała się plaża. Złocisty i ciepły piasek skrzył się u Jego stóp. Parę metrów dalej wyrastał las. Zwyczajny, iglasty las, a pośród drzew majaczyła wydeptana ścieżka. Stopniowo z lasu zaczęła wyłaniać się Siostra. Jego Siostra. Mimo tego, iż On czuł ciepło tak intensywne jak w Lipcowy Poranek ona była ubrana w strój bardziej odpowiadający zimowej nocy. Miała na sobie sztruksowy płaszcz i była zawinięta w szalik. Była ubrana w niebieskie dżinsy i długie zimowe buty a na twarzy nosiła, tak jak zawsze, swoje okulary połówki w delikatnej czerwonej oprawie. Uśmiechała się, lecz jej oczy mimo tego uśmiechu wyrażały smutek. O ile na początku było to tylko wrażenie szybko zamieniło się ono w pewność, gdy tylko ujrzał jej oczy. Ich intensywny brąz był przesycony szklistymi refleksami łez. Chwile później zauważył Ich. Było Ich czterech. W pierwszym szeregu jechała trójka a zaraz po nich Ostatni. W Ich oczach była pustka. Kompletny brak emocji. Pierwszy od lewej siedział na białym ogierze. A w zasadzie na czymś, co przypominało ogiera. Pod skórą jego wierzchowca było widać wszystkie żebra. Wszystkie kości sterczały niczym guzy. Jeździec wyglądał nie lepiej od wierzchowca. Jego policzki były zapadnięte a oczy otaczała sina obwódka. Podobnie jak i koń, jeździec był niesamowicie chudy. Jego nogi przypominały cienkie gałązki, które połamałyby się przy najlżejszym dotyku. Jedynym elementem jego stroju była biała przepaska biodrowa. Środkowy był jeszcze dziwniejszy od swego poprzednika. Koń pod nim, tak jak i on sam, był cały pokryty krwią. Kapała z ich ran znacząc drogę kropelkami szkarłatu. Jeździec był ubrany w całkowicie umazany krwią żupan a w jego ręku znajdowała się obnażona szabla. Trzeci z szeregu jechał na czarnej klaczy. Koń, mimo iż nie wyróżniał się niczym szczególnym, budził w Nim grozę. Jeździec, który go dosiadał był równie niezwykły, co reszta.. Ubrany w czarny mnisi habit przepasany srebrnym sznurem a w ręku trzymał srebrny sierp. Wszyscy trzej budzili w nim niewyjaśniony niepokój. Jego spojrzenie powędrowało do czwartego z nich. Gdy tylko jego oczy spoczęły na nim całe jego jestestwo wypełniło się spokojem. Czwarty Jeździec idący za szeregiem złożonym z tamtych trzech wydawał się być ich całkowitym przeciwieństwem. Była to postać kobiety na koniu o kolorze ni to srebra, ni złota. Była otulona płaszczem ze szkarłatu a w dłoniach trzymała Słońce i Gwiazdy. Gdy patrzył na nią jego duch wypełnił się kolejno miłością, wiarą i nadzieją. Siostra podeszła do Niego,

 

- Dlaczego jej na to pozwoliłeś? – Zapytała z wyrzutem

- Ależ Siostro, komu i na… – Próbował się tłumaczyć. Ona natychmiast mu przerwała,

- Jej! – Oczy Siostry napełniła kolejna fala łez. – Tej… tej… Istocie! – Jej wzrok powędrował gdzieś za Niego. On odwrócił się. Za nim stała Istota po kostki zanurzona w Morzu. Trzymała w swej dłoni Kulę złożoną ze wszystkich znanych mu barw. Było w niej coś, czego nie potrafił nazwać. Coś tak bliskiego a jednocześnie tak bardzo mu obcego. Coś, co było i jednocześnie nie było nim. Palce Istoty zaczęły zaciskać się na kolorowej Kuli. Jej paznokcie zagłębiały się w nią. Im głębiej się zanurzały tym bardziej Kula przybierała czarną barwę. Gdy w końcu zrobiła się całkowicie czarna Istota upuściła ją w wodę Morza. W momencie, gdy tylko Kula dotknęła tafli wody Jego nadgarstki przeszył niesamowity ból. Upadł na kolana.

- To nigdy nie było moim pragnieniem. – Powiedziała Istota tonem, który wydawał się usprawiedliwiać wszystko. Głos jej był niemożliwy do opisania. Nie należał ani do mężczyzny ani do kobiety. Był piękny. – Znając prawdę jesteś prawdziwie wolny. –

Ból w nadgarstkach stawał się coraz bardziej nieznośny. On obrócił się i chcąc spojrzeć w twarz Siostry. Gdy tylko to uczynił pożałował tego. Z za jej okularów spoglądały na Niego puste i ociekające krwią oczodoły. Jak przez mgłę zobaczył jeźdźców zsiadających z koni i idących w Jego stronę. Pierwszy szereg podszedł do Niego. Pierwszy dotknął jego czoła. On zaczął wić się pod tym dotykiem. Ból w nadgarstkach zwiększył się. Drugi przystąpił do niego. Sztych jego szabli przebił miejsce, w którym było jego serce. Sierp Trzeciego zagłębił się w jego głowie. W tym momencie pojawił się Czwarty jeździec. Ona niewiarygodną wprost siłą swego głosu rzekła:

- Każdy z Was posmakował Jego cierpienia! Teraz odejdźcie! Nic tu po Was! – Jej głos miał w sobie siłę, której nic nie mogło się oprzeć. Weszła w fale i wydobyła sczerniałą już do szczętu Kulę. Czwarta włożyła ją w jego pierś mówiąc:

- Prawda, choćby nie wiem jak ciężka, jest niczym pojedyncze uderzenie – każdy się po nim podniesie. Zaś półprawda i złudna nadzieja są niczym tortura, prędzej czy późnej zostawią z ciebie wrak człowieka, którym byłeś. – Po czym odeszła nawet nie spoglądając w Jego stronę. Ból w nadgarstkach osłabł a On na powrót stał się Wilkiem o lazurowych oczach…

Marcin Radoła

W dniu 11 listopada
czasem chciałbym napić się herbaty
tylko z 5 osobami
rozmawiać , że niebo jest niebieskie
ze krew jest czerwona
o tym że Nietzsche zgubił się
między ideami
że Freud zajmował się tylko psotami

że Coelho  natarczywie ugania się za skarbami

popijając herbatę
chciałbym pozory schować
w szafie i zasypać je ubraniami
chciałbym nie uśmiechać się bo tak wypada
w dniu 11 listopada

Znów ciemność, wszędzie dookoła mnie. Znów starałem się ją od siebie odepchnąć, chociaż była taka cudowna. Piękna w nieopisany sposób. A ja mimo to chciałem jej się pozbyć. I tak jak poprzedniej nocy odepchnąłem ją od siebie pozostając sam pośród pustki. I znów obserwowałem z oddali jak zmienia się a jednocześnie pozostaje tą samą ciemnością. Po raz kolejny zapragnąłem znaleźć się w jej objęciach, niczym w ramionach ukochanej. Kolejny raz wykonałem desperacki skok.

Obudziłem się. Moje dziwne wyczucie przestrzeni ponad mną powiedziało mi, że jest jeszcze dzień. Więc dlaczego się przebudziłem? Wtedy poczułem coś. Co najmniej kilka istot było nade mną. Skupiłem się na nich. Było to czterech ludzi i dwa psy. Przynajmniej tyle wyczułem. Mogłem słyszeć jak rozmawiają między sobą.

- Musi gdzieś tu być. Przecież nie odleciał. – Powiedział jeden z nich.

- Wiesz przecież, że pijawki dysponują bardzo różnymi mocami. Ale najważniejsze jest to, że nasz informator się nie mylił. To był Książe. – Odezwał się drugi głos, tym razem kobiecy. – Wiecie, co się stanie, jeżeli go nie znajdziemy, więc przyłóżcie się do szukania. –

- Ale jak mamy szukać skoro trop urywa się tutaj? – Kolejny męski głos

- Jesteś Tancerzem Spirali nie bez powodu. Zacznij myśleć. – Odpowiedział mu ten sam kobiecy głos.

            Wyczułem jak zaczynają się rozchodzić i węszyć wokoło. Ciekawiło mnie czy Adam tez ich słyszy. Czy on też jest świadomy tego wszystkiego? Zapewne tak. W końcu miał więcej doświadczenia ode mnie i był w tym lepszy. Czuwałem jeszcze przez kilkanaście minut po czym znów zrobiłem się senny. Mimowolnie zapadłem kolejny raz w sen o ciemności.

            Obudziłem się tuz po zachodzie słońca. W mojej głowie rozległ się głos Adama.

            - Wstawaj, musimy się śpieszyć. Anastazja czeka. –

           Gdy tylko pomyślałem o wynurzeniu się z ziemi, moje ciało zaczęło się unosić. Powoli byłem coraz bliżej powierzchni. Kiedy wynurzyłem się moje oczy przywitał widok podobny do tego jaki żegnał mnie wczoraj w nocy. Śnieg nie stopniał przez dzień, więc jedyną zmianą było pełno odcisków butów i łap, które pojawiły się na nim. Adam stał jak gdyby nigdy nic i patrzył się na mnie.

            - Długo masz zamiar tam leżeć? – Powiedział z lekkim uśmiechem.

            Podniosłem się. Odruchowo chciałem się otrzepać po nocy spędzonej w piachu. Bardzo się zdziwiłem gdy zobaczyłem że jestem czysty. Ani jednego ziarenka nie było na moich ubraniach. Popatrzyłem na mojego dziwnego towarzysza. Najwyraźniej nie zauważył albo celowo zignorował moje pytające spojrzenie. Odwrócił się i ruszył szybkim krokiem w głąb lasu. Ruszyłem za nim o nic nie pytając. Na to jeszcze będzie czas. Z każdą chwilą przyspieszał aż przeszedł do biegu. Ja robiłem to samo. Przez moment miałem wrażenie że ściga się ze mną jak małe dziecko. Ledwo za nim nadążałem. Wytężałem swoje mięśnie jak tylko mogłem. Gdybym był zwykłym człowiekiem już dawno zacząłbym sapać ze zmęczenia, ale w obecnym stanie nie odczuwałem żadnego. Wiedziałem, że mógłbym biec w ten sposób przez bardzo długi czas utrzymując stałe tempo. Adam oddalał się coraz bardziej. Jeszcze kilka chwil i stracę go z oczu.

            - Poczekaj! – Wrzasnąłem w ciemność.

            - Po co?! –

            Jak to, po co? Przecież ja nawet nie wiedziałem gdzie jestem ani jak trafić do domu. Z resztą, nawet gdybym wiedział to jak miałoby wyglądać moje przyszłe życie? Najprawdopodobniej już nigdy nie stanę się znów człowiekiem. A może? Nie wiem. Nic nie wiem. Właśnie po to go potrzebowałem. Moje rozmyślania przerwał głos Adama rozchodzący w mojej głowie.

            - Skup się na mnie. – Zaczynało mnie to powoli drażnić. Czy on już zawsze będzie tak robił? Pojawiał się w mojej głowie bez ostrzeżenia? – Skup się i wsłuchaj w pierścień. On wskaże ci drogę. –

            Zatrzymałem się i zrobiłem jak mówił. Na początku nic się nie działo. Absolutnie nic. Uch. Czy ja nic nie potrafię zrobić jak należy? Spróbowałem jeszcze raz. Coś jakby zaczynało się dziać. Poczułem mrowienie w miejscu gdzie pierścień dotykał mojej skóry. Ciężko było to nazwać, ale powoli zaczęło pojawiać się we mnie jakby uczucie pewności. Jakby instynktowna wiedza o tym, w którym kierunku mam iść. Było w tym uczuciu coś dziwnego, coś pierwotnego, czego nie potrafiłem nazwać. Byłem pewien, że znajdę go idąc właśnie w tym kierunku. Spróbowałem skupić się jeszcze mocniej. Po chwili zaczęło świtać coś jeszcze. Odległość. On był dalej niż mógłbym się spodziewać. W tak krótkim czasie przebył już znaczną odległość. Spanikowałem. Nie wiem czemu. Tak po prostu było. Puściłem się biegiem w jego stronę. Starałem się gnać ile sił. Mijane drzewa zmieniały się w rozmazane smugi. Przestałem zwracać uwagę na gałęzie, które okładały mi twarz. Myślałem tylko o jednym: Szybciej! Cały czas trzymałem się tej jednej myśli i co najdziwniejsze, cały czas przyspieszałem. Moje stopy ledwie dotykały ziemi. Mimo całych tych wysiłków on oddalał się coraz bardziej. Ale jakim cudem? Jak to możliwe?

- Dobrze ci idzie. – W końcu jakaś pochwała. – Nie spodziewałem się, że tak szybko to opanujesz. –.

Nie wiem ile czasu już tak biegłem. W pewnym momencie straciłem grunt pod nogami a ziemia poleciała mi na spotkanie. Nie! Nie mogę go zgubić. Gdy padałem, odruchowo wystawiłem przed siebie ręce a z moich ust wyrwało się ni to stęknięcie, ni to warkot. Nie dam mu się! Dogonię go choćbym miał biec za nim na czworaka. Tak też zacząłem robić. Dopiero po chwili zauważyłem, dlaczego jest mi tak wygodnie w tej pozycji. Moje dłonie nie były już moimi dłońmi. Zatrzymałem się, aby przyjrzeć się temu, co się stało. Moje ciało zmieniło się. Ręce nie były już rękoma. Pokryły się czarnym futrem i zmieniły się w łapy. Z oddali moje uszy zaczęły łowić dźwięki. Dźwięki, których nie usłyszałby nawet najlepiej słyszący człowiek. Obejrzałem swoje ciało.

- Boże, ja jestem… – Z moich ust nie wyszły słowa, ale dziwny warkot. Nie mogłem uwierzyć w to, co widziałem.

- No proszę. – Adam zaczął wynurzać się z pomiędzy drzew. Chyba miał talent pojawiania się tam gdzie niekoniecznie ktoś tego chciał. – Czarna pantera. Gdyby nie to, że jesteś moim dzieckiem pomyślałbym, że stworzył cię jakowyś Bastra. Nie wiem jak to zrobiłeś, ale dobrze się stało. Przed nami jeszcze długa droga a w tej formie będzie ci o wiele łatwiej i szybciej. Spróbuj. – Odwrócił się na pięcie i stał tak odwrócony plecami do mnie. Miałem ochotę skoczyć na niego i zacząć go rozszarpywać swoimi nowo nabytymi pazurami. Na początek za jego zachowanie, za jego ignorancję i przede wszystkim za Sandrę. Już miałem to zrobić, gdy nagle on zaczął kurczyć się w sobie i zmieniać. W parę sekund później na jego miejscu stał sporej wielkości nietoperz. Zamurowało mnie. Chwilę później wzbił się w powietrze i zniknął na nocnym niebie. Więc tak to robił. W taki sposób przemieszczał się tak szybko.

- Pośpiesz się. – Jego głos rozległ się po raz kolejny w mojej głowie. Dało się w nim wyczuć nutkę rozbawienia.

            Znów skupiłem się na nim i zlokalizowałem go poprzez pierścień. Ruszyłem tak szybko jak tylko potrafiłem. Biegłem tak, jak bym to robił od zawsze. Nie miałem żadnych kłopotów z przestawieniem się z dwóch na cztery nogi. Było tak jak mówił Adam. Szybciej i łatwiej. Nawet zacząłem go doganiać. On, jakby w odpowiedzi na to zaczął przyspieszać. Bez słów zaczęliśmy się ścigać. Był w tym lepszy. Już po chwili zostawił mnie daleko w tyle. Biegłem tak jeszcze przez kilka minut. Las powoli zaczynał się przerzedzać. Jeszcze parę chwil i przed oczami zamajaczył mi jego koniec. Za drzewami widać było otwartą przestrzeń. Zapewne jakieś pole przykryte śniegiem. Nagle świat zawirował mi przed oczami a w prawym boku poczułem cholerny ból. Coś zwaliło mnie z nóg. Gdy przestałem się toczyć przed oczami widziałem tylko rozgwieżdżone niebo i czubki sosen, którymi zapełniony był las. Bok palił żywym ogniem. Jakby z oddali usłyszałem gardłowy głos mówiący:

            - Gońcie księcia! Ten tutaj jest mój! – Ciężkie kroki zbliżały się w moją stronę. Chwilę potem jakieś silne ramiona poderwały mnie z ziemi z ogromną siłą. Gwałtownie wzbiłem się do lotu, który jednak szybko został zahamowany przez jakieś drzewo. Nawet nie wiem, kiedy znów przybrałem ludzką postać. Wstałem opierając się plecami o pień. Ogromna masa składająca się z futra i mięśni przycisnęła mnie do niego łapiąc za lewy nadgarstek i głowę. Gdy przez palce tej istoty zobaczyłem ogromną głowę psa zacząłem krzyczeć. Czemu ja? Za co mnie to spotyka? Krzyk stał się jeszcze bardziej nieludzki, gdy poczułem zęby tej istoty zagłębiające się w miejsce lewego obojczyka. Przed oczami zaczęło mi się robić ciemno. Prawą ręką zacząłem okładać to coś po głowie. Gdy to nic nie dało chwyciłem za jego gardło próbując je zmiażdżyć, zrobić cokolwiek byle by tylko przestał. Boże, jak boli! Moje palce zaczęły zatapiać się w jego skórze. Coraz głębiej i głębiej, niczym gorący nóż tnący masło. To coś chyba się tego nie spodziewało. Oczy tej bestii rozszerzyły się gwałtownie a jej uchwyt osłabł. Zaczął się cofać a ja osunąłem się w dół pnia. Dopiero po chwili zauważyłem, że trzyma się za szyję i z wyrazem przerażenia w oczach próbuje zatamować upływ krwi, która coraz większymi plamami zaczęła znaczyć śnieg. Parę chwil później upadł na plecy. Z rozerwanego gardła zaczęło wydobywać się rzężenie a jego nogi poruszały się jeszcze przez chwilę w przedśmiertnych drgawkach. Widać szczęście jeszcze mnie nie opuściło. Chciałem ukryć twarz w dłoniach, ale zamarłem w pół ruchu, gdy tylko zacząłem je podnosić. Z opuszków pokrytych dymiącą krwią palców wystawały długie pazury. Nie miałem pojęcia skąd ani jak ale wiedziałem, że właśnie to uratowało mi życie. Z zamyślenia wyrwały mnie dobiegające gdzieś z oddali nieludzkie krzyki i jęki. To coś miało przecież kolegów. Czas zabierać swoją dupę jak najdalej stąd. Gdy tylko ta myśl przeszła przez moja głowę dźwięki ustały a chwilę potem z za drzew wyłonił się Adam. Był cały umazany krwią, zarówno swoją jak i ich. Jego długie włosy pozlepiane i w nieładzie a ubranie poszarpane. Podbiegł do mnie.

            - Żyjesz?! – W jego głosie wyraźnie było słychać strach. Próbowałem coś odpowiedzieć, ale z moich ust wydobył się tylko jęk. – To dobrze. Nie wiem czy nie ma ich więcej. Dasz radę iść? Anastazja jest niedaleko. –

            Nawet nie poczekał na odpowiedź. Od razu złapał mnie za zdrowe ramię i to z siłą, której nie spodziewałbym się po jego posturze. Boże! Jak to boli! Czemu ja jeszcze kontaktuję? Było mi niedobrze. Adam zarzucił mnie na swoje plecy i zaczął nieść w sobie tylko znanym kierunku. Ból w ramieniu napłynął nową falą. Czułem, że cały się trzęsę. Każdy krok, który stawiał Adam powodował, że ból powracał nową falą, którą ja odczuwałem silniej niż poprzednią. Ogarnęła mnie ciemność, którą ja powitałem z otwartymi ramionami.

Do poprawnego zabicia krowy w warunkach domowych należy skompletować następujące przedmioty: długi (co najmniej 25 cm) nóż, linę, oraz młot o wadze przynajmniej 8 kg na długim trzonku. Długość noża i waga młota wymagane są tylko dla zaoszczędzenia pracy – lepiej wykonać jedno cięcie, niż pięć. Należy również przygotować miejsce uboju, najlepiej o twardej posadzce i o sporej przestrzeni. Powinien tam się znajdować stół z wymienionymi wcześniej narzędziami oraz miejsce, do którego można przywiązać linę na sztywno.
Przez wzgląd na psychkię reszty bydła, krowy nie możemy zabić w oborze, bezpośrednio w kojcu. Należy ją wyprowadzić do miejsca uboju: zakładamy krowie pętlę z liny na czoło (w miejscu, gdzie z głowy wyrastają rogi może być małe zwężenie na obwodzie czaszki, więc jest to dobre miejsce na zaciśnięcie pętli) lub, jeśli mamy do czynienia ze zwierzęciem narowistym, przeciągamy linę dodatkowo przez kolczyk w nosie. Następnie wypinamy zwierzę z łańcucha i prowadzimy do miejsca uboju, gdzie przywiązujemy linę do przygotowanego wcześniej miejsca, mając na uwadze to, że odległość między mocowaniem liny, a głową krowy powinna być możliwie najmniejsza tak, by zwierzę nie miało pola do manewru.
Następną czynością jest przebranie sie w ubiór roboczy, który może ulec zniszczeniu podczas pracy. Preferowane są gumowe buty i peleryna oraz rękawice, ale jest to kwestia umowna, ponieważ niektórzy rzeźnicy nie potrafią operować narzędziami mając palce usztywnione materiałem lub lateksem. Jeszcze inni muszą podwijać rękawy powyżej łokcia, nie mając w innym wypadku swobody ruchu.
Ujmujemy oburącz młot, ustawiamy się przy boku zwierzęcia, aby nas nie widziało i z dużą siłą uderzamy krowę w tylną, górną część czaszki, która ustępuje z głuchym trzaskiem, a zwierzę powinno upaść na ziemię. Należy w tym wypadku pamiętać o dwóch rzeczach: po pierwsze, krowa pada najpierw na kolana, a potem przewraca się na bok, więc przyda się refleks, gdyby chciała upaść na stronę, po której stoimy. Po drugie, zwłaszcza u początkujących pojawia się problem zbyt słabego uderzenia, po którym zwierzę nie pada, za to przeraźliwie i przejmująco muczy. Należy wtedy bez wpadania w panikę zebrać siły i uderzyć ponownie, tym razem z większą siłą.
Gdy zwierzę jest już sprowadzone do parteru mamy do wyboru: przebicie serca, przez co następuje szybka śmierć, ale krew rozlewa się po wnętrznościach, albo podcięcie tętnic szyjnych, przez co krew spływa na zewnątrz bez zanieczyszczania mięsa i wnętrzności, ale zwierzę kona dłużej.
W pierwszym przypadku bierzemy nóż i zachodzimy krowę od strony pyska, a następnie wolną ręką znajdujemy punkt, w którym kończy się mostek (od strony głowy) i szybkim ruchem wbijamy nóż w to miejsce celując tak, by dostać się jak najdalej za mostek (równolegle do kręgosłupa). Wysuwamy nóż nie wyciągając go całkowicie, lekko modyfikujemy kąt natarcia, a następnie wbijamy ponownie. Po którymś z takich pchnięć z rany zacznie płynąć krew, co znaczy, że trafiliśmy prosto w serce. Gdy chcemy mieć pewność co do trafienia, możemy pogłębić natarcie. Następnie czekamy, aż zwierzę się wykrwawi.
W drugim przypadku zachodzimy zwierzę również od strony głowy, ale tym razem stajemy przy karku i klękamy lewym kolanem w okolicach łopatki, prawą stopą przytrzymując głowę zwierzęcia przy uchu. Następnie przykładamy nóż do szyi i długim ruchem tniemy w górę, tak by przeciąć tchawicę, przełyk i tętnice. W tym momencie powinna zacząć płynąć krew, ale tniemy do momentu, w którym nóż napotka przeszkodę w postaci kręgosłupa. W tym wypadku również czekamy, aż spłynie cała krew.
W obu przypadkach należy zwrócić uwagę, aby nie znaleźć się w bezpośrednim zasięgu kopyt, gdyż kaleczone zwierze wierzga, co może zaowocować poważnymi obrażeniami. Wszystkie czynności wykonujemy szybko i pewnymi ruchami.
Po kilku chwilach zwierzęciu powinien ustać oddech – w przypadku podcięcia gardła jest to łatwe do zauważenia, ponieważ zwierzę oddycha nie przez pysk, a przez tchawicę wydając charczące odgłosy. Następnie puszczają zwieracze i zwierze oddaje kał i mocz.
Aby stwierdzić jednoznacznie śmierć, należy z dużą siłą nadepnąć na ogon krowy, jeżeli w tylnych kończynach występuje odruch skurczu, trzeba poczekać jeszcze moment.
Kiedy krowa nie reaguje, ani na nadepnięcie ogona, ani na dotykanie źrenic w oku, możemy sobie pogratulować. Właśnie dokonaliśmy skutecznego uboju krowy w warunkach domowych.

hej chłopczyku
znowu patrzysz na mnie
tymi wielkimi oczami
w białej czapce
gonisz za chmurami
łapiesz chwile
i nie przejmujesz się granicami
próbujesz wstać
ale ci się nie udaję
próbujesz mówić
lecz słowa są niepełnosprawne
chcesz biec za kolegami
lecz ziemia dotyka
cię mocniej niż  rówieśnika
ja przestaję mówić
bo słów mi brakuje
bo ja tego nigdy nie zrozumiem

(Sopot, peron nr2, 12.09.2007)

Paznokcie

Jeśli zapytasz, to odpowiadam
Jeśli zapytasz

Jeśli odpowiadasz, to słucham
Ja słucham

Ja słucham

Ja

Moje

Moje paznokcie do krwi obcięte zębami
Chowam w ustach
Chowam w wargach
Ukrywam pomiędzy wargami
Czule przebieram nogami

Moje paznokcie do krwi obcięte zębami
Ukrywam pomiędzy nogami
Czule przebieram wargami

Ja stoję
Twarzą do ściany
Czule pieszczę paznokcie wargami
Do cesarza odwracam się plecami

Przesuwam się z kąta do kąta
Od okna do okna
Z jednego brzegu morskiej odchłani
Na drugi brzeg morskiej odchłani
Pieszczotliwie muskam wargi paznokciami

Skaczę
Zostawiając za sobą ślady morskiej piany
Wyskakuję nie robiąc już nic paznokciami
Nie bawiąc się spuchniętymi wargami
Nie zwracając uwagi
Na chlupot między nogami

Znów patrzę na paznokcie do krwi obcięte zębami
Znów odpowiadam, znów słucham

Starsze wpisy »