Znów ciemność, wszędzie dookoła mnie. Znów starałem się ją od siebie odepchnąć, chociaż była taka cudowna. Piękna w nieopisany sposób. A ja mimo to chciałem jej się pozbyć. I tak jak poprzedniej nocy odepchnąłem ją od siebie pozostając sam pośród pustki. I znów obserwowałem z oddali jak zmienia się a jednocześnie pozostaje tą samą ciemnością. Po raz kolejny zapragnąłem znaleźć się w jej objęciach, niczym w ramionach ukochanej. Kolejny raz wykonałem desperacki skok.
Obudziłem się. Moje dziwne wyczucie przestrzeni ponad mną powiedziało mi, że jest jeszcze dzień. Więc dlaczego się przebudziłem? Wtedy poczułem coś. Co najmniej kilka istot było nade mną. Skupiłem się na nich. Było to czterech ludzi i dwa psy. Przynajmniej tyle wyczułem. Mogłem słyszeć jak rozmawiają między sobą.
- Musi gdzieś tu być. Przecież nie odleciał. – Powiedział jeden z nich.
- Wiesz przecież, że pijawki dysponują bardzo różnymi mocami. Ale najważniejsze jest to, że nasz informator się nie mylił. To był Książe. – Odezwał się drugi głos, tym razem kobiecy. – Wiecie, co się stanie, jeżeli go nie znajdziemy, więc przyłóżcie się do szukania. –
- Ale jak mamy szukać skoro trop urywa się tutaj? – Kolejny męski głos
- Jesteś Tancerzem Spirali nie bez powodu. Zacznij myśleć. – Odpowiedział mu ten sam kobiecy głos.
Wyczułem jak zaczynają się rozchodzić i węszyć wokoło. Ciekawiło mnie czy Adam tez ich słyszy. Czy on też jest świadomy tego wszystkiego? Zapewne tak. W końcu miał więcej doświadczenia ode mnie i był w tym lepszy. Czuwałem jeszcze przez kilkanaście minut po czym znów zrobiłem się senny. Mimowolnie zapadłem kolejny raz w sen o ciemności.
Obudziłem się tuz po zachodzie słońca. W mojej głowie rozległ się głos Adama.
- Wstawaj, musimy się śpieszyć. Anastazja czeka. –
Gdy tylko pomyślałem o wynurzeniu się z ziemi, moje ciało zaczęło się unosić. Powoli byłem coraz bliżej powierzchni. Kiedy wynurzyłem się moje oczy przywitał widok podobny do tego jaki żegnał mnie wczoraj w nocy. Śnieg nie stopniał przez dzień, więc jedyną zmianą było pełno odcisków butów i łap, które pojawiły się na nim. Adam stał jak gdyby nigdy nic i patrzył się na mnie.
- Długo masz zamiar tam leżeć? – Powiedział z lekkim uśmiechem.
Podniosłem się. Odruchowo chciałem się otrzepać po nocy spędzonej w piachu. Bardzo się zdziwiłem gdy zobaczyłem że jestem czysty. Ani jednego ziarenka nie było na moich ubraniach. Popatrzyłem na mojego dziwnego towarzysza. Najwyraźniej nie zauważył albo celowo zignorował moje pytające spojrzenie. Odwrócił się i ruszył szybkim krokiem w głąb lasu. Ruszyłem za nim o nic nie pytając. Na to jeszcze będzie czas. Z każdą chwilą przyspieszał aż przeszedł do biegu. Ja robiłem to samo. Przez moment miałem wrażenie że ściga się ze mną jak małe dziecko. Ledwo za nim nadążałem. Wytężałem swoje mięśnie jak tylko mogłem. Gdybym był zwykłym człowiekiem już dawno zacząłbym sapać ze zmęczenia, ale w obecnym stanie nie odczuwałem żadnego. Wiedziałem, że mógłbym biec w ten sposób przez bardzo długi czas utrzymując stałe tempo. Adam oddalał się coraz bardziej. Jeszcze kilka chwil i stracę go z oczu.
- Poczekaj! – Wrzasnąłem w ciemność.
- Po co?! –
Jak to, po co? Przecież ja nawet nie wiedziałem gdzie jestem ani jak trafić do domu. Z resztą, nawet gdybym wiedział to jak miałoby wyglądać moje przyszłe życie? Najprawdopodobniej już nigdy nie stanę się znów człowiekiem. A może? Nie wiem. Nic nie wiem. Właśnie po to go potrzebowałem. Moje rozmyślania przerwał głos Adama rozchodzący w mojej głowie.
- Skup się na mnie. – Zaczynało mnie to powoli drażnić. Czy on już zawsze będzie tak robił? Pojawiał się w mojej głowie bez ostrzeżenia? – Skup się i wsłuchaj w pierścień. On wskaże ci drogę. –
Zatrzymałem się i zrobiłem jak mówił. Na początku nic się nie działo. Absolutnie nic. Uch. Czy ja nic nie potrafię zrobić jak należy? Spróbowałem jeszcze raz. Coś jakby zaczynało się dziać. Poczułem mrowienie w miejscu gdzie pierścień dotykał mojej skóry. Ciężko było to nazwać, ale powoli zaczęło pojawiać się we mnie jakby uczucie pewności. Jakby instynktowna wiedza o tym, w którym kierunku mam iść. Było w tym uczuciu coś dziwnego, coś pierwotnego, czego nie potrafiłem nazwać. Byłem pewien, że znajdę go idąc właśnie w tym kierunku. Spróbowałem skupić się jeszcze mocniej. Po chwili zaczęło świtać coś jeszcze. Odległość. On był dalej niż mógłbym się spodziewać. W tak krótkim czasie przebył już znaczną odległość. Spanikowałem. Nie wiem czemu. Tak po prostu było. Puściłem się biegiem w jego stronę. Starałem się gnać ile sił. Mijane drzewa zmieniały się w rozmazane smugi. Przestałem zwracać uwagę na gałęzie, które okładały mi twarz. Myślałem tylko o jednym: Szybciej! Cały czas trzymałem się tej jednej myśli i co najdziwniejsze, cały czas przyspieszałem. Moje stopy ledwie dotykały ziemi. Mimo całych tych wysiłków on oddalał się coraz bardziej. Ale jakim cudem? Jak to możliwe?
- Dobrze ci idzie. – W końcu jakaś pochwała. – Nie spodziewałem się, że tak szybko to opanujesz. –.
Nie wiem ile czasu już tak biegłem. W pewnym momencie straciłem grunt pod nogami a ziemia poleciała mi na spotkanie. Nie! Nie mogę go zgubić. Gdy padałem, odruchowo wystawiłem przed siebie ręce a z moich ust wyrwało się ni to stęknięcie, ni to warkot. Nie dam mu się! Dogonię go choćbym miał biec za nim na czworaka. Tak też zacząłem robić. Dopiero po chwili zauważyłem, dlaczego jest mi tak wygodnie w tej pozycji. Moje dłonie nie były już moimi dłońmi. Zatrzymałem się, aby przyjrzeć się temu, co się stało. Moje ciało zmieniło się. Ręce nie były już rękoma. Pokryły się czarnym futrem i zmieniły się w łapy. Z oddali moje uszy zaczęły łowić dźwięki. Dźwięki, których nie usłyszałby nawet najlepiej słyszący człowiek. Obejrzałem swoje ciało.
- Boże, ja jestem… – Z moich ust nie wyszły słowa, ale dziwny warkot. Nie mogłem uwierzyć w to, co widziałem.
- No proszę. – Adam zaczął wynurzać się z pomiędzy drzew. Chyba miał talent pojawiania się tam gdzie niekoniecznie ktoś tego chciał. – Czarna pantera. Gdyby nie to, że jesteś moim dzieckiem pomyślałbym, że stworzył cię jakowyś Bastra. Nie wiem jak to zrobiłeś, ale dobrze się stało. Przed nami jeszcze długa droga a w tej formie będzie ci o wiele łatwiej i szybciej. Spróbuj. – Odwrócił się na pięcie i stał tak odwrócony plecami do mnie. Miałem ochotę skoczyć na niego i zacząć go rozszarpywać swoimi nowo nabytymi pazurami. Na początek za jego zachowanie, za jego ignorancję i przede wszystkim za Sandrę. Już miałem to zrobić, gdy nagle on zaczął kurczyć się w sobie i zmieniać. W parę sekund później na jego miejscu stał sporej wielkości nietoperz. Zamurowało mnie. Chwilę później wzbił się w powietrze i zniknął na nocnym niebie. Więc tak to robił. W taki sposób przemieszczał się tak szybko.
- Pośpiesz się. – Jego głos rozległ się po raz kolejny w mojej głowie. Dało się w nim wyczuć nutkę rozbawienia.
Znów skupiłem się na nim i zlokalizowałem go poprzez pierścień. Ruszyłem tak szybko jak tylko potrafiłem. Biegłem tak, jak bym to robił od zawsze. Nie miałem żadnych kłopotów z przestawieniem się z dwóch na cztery nogi. Było tak jak mówił Adam. Szybciej i łatwiej. Nawet zacząłem go doganiać. On, jakby w odpowiedzi na to zaczął przyspieszać. Bez słów zaczęliśmy się ścigać. Był w tym lepszy. Już po chwili zostawił mnie daleko w tyle. Biegłem tak jeszcze przez kilka minut. Las powoli zaczynał się przerzedzać. Jeszcze parę chwil i przed oczami zamajaczył mi jego koniec. Za drzewami widać było otwartą przestrzeń. Zapewne jakieś pole przykryte śniegiem. Nagle świat zawirował mi przed oczami a w prawym boku poczułem cholerny ból. Coś zwaliło mnie z nóg. Gdy przestałem się toczyć przed oczami widziałem tylko rozgwieżdżone niebo i czubki sosen, którymi zapełniony był las. Bok palił żywym ogniem. Jakby z oddali usłyszałem gardłowy głos mówiący:
- Gońcie księcia! Ten tutaj jest mój! – Ciężkie kroki zbliżały się w moją stronę. Chwilę potem jakieś silne ramiona poderwały mnie z ziemi z ogromną siłą. Gwałtownie wzbiłem się do lotu, który jednak szybko został zahamowany przez jakieś drzewo. Nawet nie wiem, kiedy znów przybrałem ludzką postać. Wstałem opierając się plecami o pień. Ogromna masa składająca się z futra i mięśni przycisnęła mnie do niego łapiąc za lewy nadgarstek i głowę. Gdy przez palce tej istoty zobaczyłem ogromną głowę psa zacząłem krzyczeć. Czemu ja? Za co mnie to spotyka? Krzyk stał się jeszcze bardziej nieludzki, gdy poczułem zęby tej istoty zagłębiające się w miejsce lewego obojczyka. Przed oczami zaczęło mi się robić ciemno. Prawą ręką zacząłem okładać to coś po głowie. Gdy to nic nie dało chwyciłem za jego gardło próbując je zmiażdżyć, zrobić cokolwiek byle by tylko przestał. Boże, jak boli! Moje palce zaczęły zatapiać się w jego skórze. Coraz głębiej i głębiej, niczym gorący nóż tnący masło. To coś chyba się tego nie spodziewało. Oczy tej bestii rozszerzyły się gwałtownie a jej uchwyt osłabł. Zaczął się cofać a ja osunąłem się w dół pnia. Dopiero po chwili zauważyłem, że trzyma się za szyję i z wyrazem przerażenia w oczach próbuje zatamować upływ krwi, która coraz większymi plamami zaczęła znaczyć śnieg. Parę chwil później upadł na plecy. Z rozerwanego gardła zaczęło wydobywać się rzężenie a jego nogi poruszały się jeszcze przez chwilę w przedśmiertnych drgawkach. Widać szczęście jeszcze mnie nie opuściło. Chciałem ukryć twarz w dłoniach, ale zamarłem w pół ruchu, gdy tylko zacząłem je podnosić. Z opuszków pokrytych dymiącą krwią palców wystawały długie pazury. Nie miałem pojęcia skąd ani jak ale wiedziałem, że właśnie to uratowało mi życie. Z zamyślenia wyrwały mnie dobiegające gdzieś z oddali nieludzkie krzyki i jęki. To coś miało przecież kolegów. Czas zabierać swoją dupę jak najdalej stąd. Gdy tylko ta myśl przeszła przez moja głowę dźwięki ustały a chwilę potem z za drzew wyłonił się Adam. Był cały umazany krwią, zarówno swoją jak i ich. Jego długie włosy pozlepiane i w nieładzie a ubranie poszarpane. Podbiegł do mnie.
- Żyjesz?! – W jego głosie wyraźnie było słychać strach. Próbowałem coś odpowiedzieć, ale z moich ust wydobył się tylko jęk. – To dobrze. Nie wiem czy nie ma ich więcej. Dasz radę iść? Anastazja jest niedaleko. –
Nawet nie poczekał na odpowiedź. Od razu złapał mnie za zdrowe ramię i to z siłą, której nie spodziewałbym się po jego posturze. Boże! Jak to boli! Czemu ja jeszcze kontaktuję? Było mi niedobrze. Adam zarzucił mnie na swoje plecy i zaczął nieść w sobie tylko znanym kierunku. Ból w ramieniu napłynął nową falą. Czułem, że cały się trzęsę. Każdy krok, który stawiał Adam powodował, że ból powracał nową falą, którą ja odczuwałem silniej niż poprzednią. Ogarnęła mnie ciemność, którą ja powitałem z otwartymi ramionami.