Pustka i ciemność.
Całkowita i wszechotulająca ciemność. Pustka wypełniająca doszczętnie każdy, nawet najbardziej zapomniany kącik świadomości.
Najpierw zapachy.
Początkowo te najwyraźniejsze, przynoszące informację o najbliższym otoczeniu. Zapach rozkładającego się mięsa i gnijących odpadków. Dominujący nad tym wszystkim metaliczny fetor smaru do kół zębatych i drobinek startego metalu. Nieco później pojawia się zapach czystego, świeżego powietrza z domieszką woni kwiatów. I nic więcej.
Potem dźwięki.
Szum wiatru. Pośród drzew? Pośród budowli? Brzęknięcia i zgrzytnięcia – pracujące maszyny. Przetaczające się chyłkiem pojazdy, podskakujące na wybojach. Z oddali słychać kroki i sapnięcia, jakby ktoś ciężki wspinał się po zboczu pagórka. Z daleka, rozrzucany wiatrem, ledwie słyszalny trel jakiegoś ptaka. Skowronek?
Poczuł w sobie tyle determinacji by otworzyć oczy.
Ciemność ustąpiła fali żółtobiałych ostrzy wbijających się w mózg. Zmrużył oczy, zasłaniając je dłonią. Przez chwilę wzrok przyzwyczajał się do porażającej jasności słońca. Nagle wszystko przestało istnieć, oprócz niego i jego ręki. Tego, co kiedyś mogło być ręką, a teraz było nienaturalną, stalową konstrukcją do złudzenia przypominającą palce, dłoń, nadgarstek, przedramię, staw łokciowy i ramię. Można by nie zauważyć różnicy, gdyby to wszystko pokrywała skóra. Ale akurat skóry brakowało.
W panice podniósł się i zaczął oglądać resztę swego ciała – wszystko było sztuczne. Zanim dotarło do niego, że brakuje mu jednej nogi od kolana w dół, zdążył jeszcze dotknąć palcami twarzy i poczuł nieprzyjemne metaliczne skrobanie. Twarz też.
Noga, pomyślał, gdzie jest moja noga? Rozejrzał się po okolicy. Wokół panował ruch. Małe pojazdy poruszały się w jakimś sobie tylko znanym rytmie. Najmniejsze mogły być najwyżej wielkości cegły, największe sięgały mu do kolana. Każdy wiózł coś na podczepianych wózkach lub też ciągnął za sobą. Były to kawałki roślin, kawałki metalowych konstrukcji, od których roiło się wokół. Przez chwilę przyglądał się, jak maleńka, półinteligentna maszyna odcina fragment martwej, ludzkiej ręki przegniłej tak, że spomiędzy warstw uszkodzonego mięsa widać było żółciejące, brudnoszare kości. Przyglądał się jej, jak uniosła swą zdobycz wysoko nad siebie i odjeżdżała w zawrotnym tempie.
Usłyszał huk. Instynktownie upadł na ziemię. Nie wiedział, czy odgłos był wystrzałem z broni palnej, czy może po prostu któraś z nadwyrężonych konstrukcji osunęła się pod własnym ciężarem. Wolał nie sprawdzać. Leżał wśród cuchnących odpadków, próbując odnaleźć wzrokiem źródło dźwięku.
- Nie bój się. – Głos zza pleców.
Odwrócił się gwałtownie i zaczął czołgać się do tyłu obserwując olbrzymią, brzuchatą postać w strzępach jakiegoś płaszcza. Ogromny człowiek trzymał w jednej ręce niewiarygodnej długości strzelbę, a w drugiej stalową, błyszczącą nogę – od kolana w dół.
- Tak, to twoja noga. Mało brakowało a te małe sukinsyny przetopiłyby ją na Masę. – Olbrzym spoglądał na niego przyjaźnie.
Przez chwilę jakby się wahał, aż w końcu stęknął i ciężko usiadł tuż obok.
- Nie bój się, gdybym chciał cię wykończyć, to zrobiłbym to z daleka – przerwał na chwilę. – Jak cię zwą?
- Nie wiem – odpowiedział.
- Nie wiesz, co? Nie ma sprawy, nie musisz mi się spowiadać. Ale mógłbyś okazać wdzięczność, chociażby za uratowanie twojej cennej nogi. – Olbrzym sprawiał wrażenie, jakby bawiła go cała sytuacja. – Swoją drogą, musisz prowadzić bardzo ciekawe życie, skoro masz takie przeszczepy. Skąd miałeś na to wszystko pieniądze?
- Nic nie wiem, nic nie pamiętam… – próbował wytłumaczyć się, ale wiedział, że nie idzie mu najlepiej.
- Nawet głos masz wyjątkowo ludzki. Wiesz, gdyby pokryć cię skórą, byłbyś nie do odróżnienia. – Olbrzym przyglądał się na zmianę to jemu, to trzymanej nodze. Nagle opuścił wzrok na jego podbrzusze.
- Ho ho, chłopie. Nawet tego ci nie oszczędzili – zaśmiał się – ale chyba nie masz na co narzekać. Moim zdaniem nowy jest całkiem przyzwoity.
Nieznajomy nie odzywał się.
- Nazywam się Marko. Marko z Oazy Numer Cztery. Mów mi po prostu Marko, Mark lub Marek. Jak wolisz.
Kiwnął głową.
- Wobec nieposiadania przez ciebie imienia, na razie nazwę cię Puszką – mówiąc to wyszczerzył zęby.
Przez chwilę siedzieli obok siebie wpatrując się w nieokreślone miejsca w przestrzeni.
W końcu ciszę przerwał Marko:
- Musimy ruszać, jeśli chcemy dotrzeć do Oazy w ciągu kilku dni.
Złapał nieznajomego pod ramię i dźwignął go do pionu czerwieniejąc przy tym niepokojąco.
- Chłopie musisz ważyć co najmniej dwieście kilogramów – powiedział z niedowierzaniem łapiąc powietrze – będziesz musiał iść sam. Poczekaj chwilę.
Marko odszedł na kilka metrów wpatrując się w szczątki, w końcu ze zgrzytem i trzaskiem wyciągnął ze sterty coś, co mogło przypominać wielką, stalową lagę. Podszedł do nieznajomego i wręczył mu ją.
- Masz. Powinna utrzymać twój ciężar. Spróbuj się przejść.
Wziął do ręki pręt, który z grubsza szacując miał około trzech metrów długości i średnicę pięciu centymetrów. Przeszedł niepewnie kilka kroków. Nie wychodziło mu to najlepiej. W końcu zatrzymał się i krytycznie przyjrzał prowizorycznej ladze. Chwiejąc się na jednej nodze chwycił pręt i naprężając sztuczne mięśnie zaczął wyginać w ten sposób, by móc włożyć go pod pachę i opierać się na nim ciężarem barku. Po chwili zakończył pracę i spróbował się przejść ponownie. Teraz było zdecydowanie lepiej. Uśmiechnął się i zwrócił się do stojącego z otwartymi ustami Marka:
- Ruszamy?
- Oj Puszko, masz kawał krzepy w tych swoich stalowych łapkach – odparł Marko, gdy ochłonął. – Oj masz.
Przez chwilę przyglądał mu się z dziwnym wyrazem twarzy. W końcu wziął strzelbę, nogę i zaczął powoli schodzić z pagórka. Za nim ostrożnie kuśtykał nieznajomy.
Gdy posuwali się w dół dostrzegł, że pagórek sąsiadował z ogromną, porośniętą trawą przestrzenią, która ciągnęła się aż po horyzont. Ani jednego drzewa, pomyślał. Ani jednej chmury. Tylko nieskończona łąka, wiatr i ta sterta zgnilizny, po której idę. A moją nogę trzyma zupełnie obcy człowiek.
Miał teraz czas na dokładniejsze przyjrzenie się Markowi, bo schodzenie szło mu zadziwiająco łatwo. Bardzo szybko znajdował odpowiednie miejsca by móc postawić na nich nogę i doskonale balansował swoim mechanicznym ciałem tak, że sporą część uwagi mógł poświęcić swemu przewodnikowi.
Miał ponad dwa metry wzrostu. Był człowiekiem postawnym i na pewno silniejszym, niż to okazywał. Wielki brzuch nie wydawał się stanowić dla niego problemu – wprost przeciwnie – pomagał w zachowaniu równowagi. Na całkowicie łysej głowie nosił tylko czerwoną przepaskę i przeciwsłoneczne okulary. Stary, wymięty i postrzępiony płaszcz narzucony niedbale na barki sprawiał, że Marko wyglądał jak jakaś karykatura mnicha.
Schodzili z pagórka usypanego z metalowego złomu, ziemi, śmieci i szczątków ludzi i zwierząt. U podnóża stał stary, rozklekotany wóz, a obok niego wielki, włochaty wół lub coś do niego podobnego i skubał trawę.
- Tak, Puszko – odezwał się Marko nie odwracając się i mówiąc jakby do siebie – właśnie obserwujesz mój wspaniały pojazd i niezrównanego rumaka.
- Rzeczywiście, robi wrażenie.
- Nie śmiej się. Spróbuj znaleźć tutaj coś lepszego. Każdy orze jak może, jak powiada stare przysłowie.
Kiedy zeszli, Marko od razu podszedł do “woła” i przytulił się do jego karku, ręką mierzwiąc splątane strąki sierści.
- To jest żubr. W razie, gdybyś chciał wiedzieć. Oczywiście nie odpowiada genetycznie żubrom sprzed Wydarzeń, ale jest do niego zbliżony. Poza tym jest większy, silniejszy i o wiele bardziej przyjazny człowiekowi. Nazwa się Pucek i reaguje na swoje imię. To inteligentna bestia.
Po tych słowach Pucek podniósł głowę i zaczął niespokojnie węszyć.
- Wsiadaj na wóz. – nieprzyjemnie warknął Marko. Nagle jakby opuścił go dobry humor. – Na pytania przyjdzie czas później.
Po czym zaprzągł Pucka i sam usadowił się na prowizorycznym koźle uderzając batem. Żubr ruszył.
Jechali w milczeniu przez kilkanaście minut. Obserwował powoli zachodzące słońce. Nie wiedzieć czemu wydawało mu się, że coś jest nie tak, że słońce nie zachodzi w ten sposób. Że niebo nie może przypominać zmąconej chlapnięciami dzieciaków wody. A dokładnie tak wyglądało. Od horyzontu, aż do jednej czwartej nieboskłonu powietrze falowało przedziwnie, jakby między słońcem a nimi ktoś postawił wodną barierę, a następnie wrzucał do niej kamienie. Bordowa, miejscami przechodząca w głęboki, nasycony fiolet, łuna roztaczała się po prawie całym niebie. W powietrzu unosił się dziwny zapach. Jakby przepuszczono przez powietrze ogromny ładunek elektryczny. Taki niebezpiecznie suchy zapach.
W końcu odezwał się Marko:
- Słyszałeś o wiskunach?
- Nie.
- Przychodzą na takie cmentarze cywilizacji nocą. Podobno kiedyś byli ludźmi. Kiedyś. Teraz z człowieka zostały im tylko oczy – płaczące, budzące współczucie, wielkie oczy. Hipnotyzują. Kiedyś widziałem, jak Jorhen spojrzał w te ich dziecięce ślepia. Ugłaskały go tak, że pozwoliłby im podejść na wyciągnięcie ręki, ale one nie czekały na to. Podczas gdy jeden stał przed nim, reszta zaatakowała z boków. Rzuciły się na niego z przerażającym wiskiem, rozdzierając jego ciało na strzępy zanim jeszcze dotknęło podłoża. To nie jest widok, który należy zapominać. Nie lubiłem Jorhena, to fakt, ale nikt nie powinien zginąć w ten sposób, nikt. Wiskuny to padlinożercy, ale zaatakują wszystkich człekokształtnych w zasięgu zmysłów. Chyba w ten sposób bronią swego terytorium i właśnie dlatego my tak szybko owo terytorium opuszczamy. Mówiłem ci, że Pucek jest inteligentny, a kiedy zaczyna węszyć to znak, że ktoś się zbliża. Przy takim kopcu mogły to być jedynie wiskuny.
Nieznajomy wyciągnął się na wozie i zatopił w rozmyślaniach. W ciągu relatywnie krótkiego czasu dotarło do jego świadomości bardzo dużo nowych informacji, które wymagały usystematyzowania i dokładnego zweryfikowania. Kim był Marko, czego chciał od niego i czemu z własnej woli zaoferował pomoc? Co to Masa? Czym były lub są tajemnicze Wydarzenia, o których mówił Marko? Kto obdarował go mechanicznym ciałem? Te pytania kołatały mu się w głowie. Amnezja wprawdzie nie była całkowita, ale na tyle poważna, że pytał siebie o dużo prostsze fakty nie znajdując odpowiedzi. Kim jest i ile ma lat? Skąd pochodzi? Jedno pytanie dręczyło go szczególnie. Nie dawało mu spokoju w tak dużym stopniu, że nieświadomie wypowiedział je na głos:
- I jak ja, do ciężkiej cholery, mam na imię?
Twarz – część 1 – Amnezja
26 marzec, 2007 autor: Piotr Stankiewicz
Proszę, rozwijaj wątek żubra!!!!:)
Nikt się nie odzywa, więc dodam parę uwag od siebie.
.
Mam już parę pomysłów na rozwinięcie wątku żubra, zgodnie z życzeniami. Myślę Marto, że Ci się spodoba, ale nie masz się czego spodziewać przez najbliższe kilka odcinków. Żubr spełni swoją rolę, lecz dopiero za jakiś czas.
Druga uwaga jest taka: nie stworzyłem bohatera, żeby zrobić z niego kolejnego Conana, Aragorna czy Geralta, więc będę starał się zapomnieć o heroiźmie i innych tego typu wyrzutach sumienia.
Trzecia uwaga: plan jest prosty – dać upust narrativum, które aż się gotuje do wysmażenia kilku naprawdę ciekawych sztuczek. Ja oczywiście nie znam tych zamierzeń. Podejrzewam, że będzie miało to coś wspólnego ze światami równoległymi, albo z czasem. Albo z jednym i z drugim. I pewnie dojdzie do tego upokorzenie, podłość i dobre zamiary, tragiczne w skutkach. Nie wiem. Rzućcie jakiś pomysł, bo powoli kiełkuje we mnie drugi odcinek i nie za bardzo wiem, czy pędzę angielską autostradą, czy polską