Jechali w milczeniu aż do zmroku, po czym zatrzymali się w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Marko wybrał niewielką kępę drzew oddaloną o kilkanaście metrów od drogi. Były to wysokie, grube pnie poskręcane w dziwaczne kształty. Skarlałe sosny na tym obszarze przybierały czasem naprawdę dziwaczne, a nawet groźne formy. Gdy podjechali bliżej okazało się, że łąka kończy się w miejscach, do których dosięgły korzenie drzew łapczywie wysysających z gruntu każdą życiodajną cząsteczkę. Grunt w tym miejscu był suchy, przykryty jedynie opadłymi igłami i szyszkami. Marko zatrzymał wóz, wyprzągł Pucka i puścił go samopas, a następnie zaczął zbierać walające się wokół patyki. Żubr przez chwilę gapił się na okolicę, po czym bez zbytniego zażenowania oddalił się nieco i zabrał do skubania trawy, co chwilę wydając z siebie głuche pomruki.
- Smakuje mu, Puszko – rzekł Marko.
Nieznajomy przez chwilę przyglądał się tej scenie i w końcu odpowiedział:
- Wydaje mi się, że mam na imię Khaleb. Khaleb Mornfist. A przynajmniej jest to pierwsze sensowne imię i nazwisko, które przychodzi mi do głowy. Byłbym wdzięczny, gdybyś nazywał mnie Khalebem, a nie Puszką.
Marko zrzucił ostatnie zebrane patyki na stos, po czym zaczął układać z nich palenisko przesadnie dbając o odgarnięcie wszelkich szyszek i igieł z gruntu.
- No, chłopie, nareszcie dokądś zmierzamy. Khaleb mówisz? Nie ma sprawy. Khaleb to też dobre imię. Nie tak dobre jak Marko rzecz jasna, ale też niezłe. Takie unikatowe. Prawie tak unikatowe jak stalowe ciałko. Swoją drogą, przypomnij mi, żebym zmontował ci jakieś spodnie przed wjechaniem do Oazy. Nie chcemy przecież, żebyś świecił swoim sztucznym przyrodzeniem, na prawo i lewo, prawda?
Marko zaśmiał się głośno, po czym wyciągnął z kieszeni zapalniczkę i podpalił cienkie, suche patyki, które natychmiast zajęły się ogniem. Przez chwilę manewrował resztą ułożonych w zgrabny stosik gałązek, aż w końcu płomień na dobre ogarnął całość paleniska.
- Khalebie, czy zechciałbyś uczynić mi zaszczyt i ruszyć swój szanowny tyłek z wozu? Mam nadzieję, że nie masz zamiaru spędzić na nim całej nocy? – Marko ponownie wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Khaleb zszedł, a raczej zsunął się i podszedł do ogniska podpierając się wygiętym prętem. Stał i rozkoszował się gorącym blaskiem.
Ciepło, pomyślał. Odczuwam ciepło. Zupełnie, jakby tego ciała nie wykonano z metalu. Ciekawe. Czuję zapachy, słyszę, widzę, mogę dotykać i odczuwam zmiany temperatury tak, jakbym miał normalne, przetykane sinymi żyłami mięśnie, oplatające kościec i pokryte skórą. Przez moment poczuł się dziwnie. A jeśli nigdy nie miałem normalnego ciała? Jeżeli ktoś mi powiedział… Jeżeli ktoś powiedział temu organizmowi, w jaki sposób ma reagować na bodźce z zewnątrz? Może ja nigdy nie czułem zimna, ciepła i wiatru na twarzy? Może wydaje mi się, że wiem co to zapach kwiatów tylko dlatego, że ktoś wdrukował we mnie umiejętność rozpoznawania woni i rozdzielania ich na odpowiednie kategorie. Może ja nigdy tak naprawdę się nie urodziłem, może ja jestem…
- Czy ja jestem maszyną?
- Nie – odparł bez namysłu Marko, jakby dokładnie wiedział, co chodziło po głowie Khalebowi – nie jesteś.
- Skąd wiesz?
- Gdybyś był maszyną, nie wziąłbym cię ze sobą. – Zęby Marka znów błysnęły w uśmiechu.
- Pytam poważnie.
- A ja poważnie odpowiadam. Poza tym zadajesz pytania w niewłaściwej kolejności. Najpierw powinieneś zapytać o to, gdzie jesteś, a następnie o to, jak możesz się stąd wydostać. I to byłyby dwa pytania, które pozwoliłyby nam przegadać szmat czasu aż do momentu, w którym poczujesz senność. Chcesz zadać te pytania?
- Chyba nie mam wyboru.
- Ależ oczywiście, że masz – odparł Marko – możesz je zadać, albo ich nie zadać. Taki jest twój wybór.
Khaleb przez chwilę przyglądał się towarzyszowi próbując odczytać z jego, tym razem kamiennej, twarzy jakiś przejaw wesołej złośliwości. Po chwili zrozumiał, że Marko mówi zupełnie poważnie.
- Dobra, gdzie ja jestem?
- Cieszę się, że o to pytasz, mój blaszany przyjacielu – powiedział Marko – bo jest to miejsce zaiste magiczne. Ta planeta była kiedyś domem wielu ras, a kilka z nich było rozumnych. Wyobraź sobie, że potrafiły nawet tworzyć cywilizacje, co jest nie lada osiągnięciem. Mimo zgubnych warunków atmosferycznych, a uwierz mi, że ta planeta ma swoje fochy, mimo wszelkich przeciwności, życie kwitnie tutaj z całą stanowczością i po każdym kataklizmie na skalę całego globu odradza się z uporem godnym lepszej sprawy. Ta planeta to oczywiście Ziemia. Silna, piękna i zdradliwa. Ale jej siła jest niczym w porównaniu z siłą rasy, która opanowała ją w ostatnim kroku ewolucji. Tak, mój drogi Khalebie, człowiek to prawdziwy morderca. Planeta przez przypadek wychowała na własnym łonie swego zabójcę, sędziego i kata. Oczywiście, wyprzedzając nieco historię, wszystko wróciło do równowagi po Wydarzeniach i planeta po krwawej walce odzyskała dawne oblicze.
Marko zamilkł. Zebrał kilka walających się wszędzie brązowych, kulistych szyszek o twardej brązowoczarnej powierzchni i wrzucił do ogniska. Przez chwilę przyglądał się jak zajmują się ogniem i trzaskają podskakując, a Khaleb przyglądał się płomieniowi ponuro odbijającemu się w oczach Marka
- Co się stało?
- Nic, nic, zamyśliłem się. Miałem żonę i dziecko. Córkę. One zapłaciły cenę mego życia. Nikt nie miał na to wpływu, nikt, absolutnie nikt. Było nas dziesięć miliardów. Teraz populacja na całej planecie szacowana jest na około dziesięć milionów. To liczebność jednego wielkiego miasta sprzed Wydarzeń. W ogóle mówi ci coś ten termin? Wydarzenia?
Khaleb w zamyśleniu wpatrywał się w kikut nogi. Przez moment czuł, jakby przypomniał sobie wszystko. Przez efemeryczną chwilę trwał w przeświadczeniu, że wie wszystko, że w końcu sobie przypomniał. W ciągu tego krótkiego czasu przeskoczyły mu przed oczami miliony obrazów – zwykłych i niezwykłych. Nagle wszystko uleciało, a w pamięci został tylko jeden skrawek.
- Uruchomienie sztucznej inteligencji. Maszyny.
- Niech ci się nie wydaje, że maszyny miały z tym cokolwiek wspólnego, przyjacielu. To nie one, to planeta. Uruchomiliśmy sztuczną inteligencję na krótko przed Wydarzeniami, to fakt. Nazwaliśmy ją Sofia. Powinieneś pamiętać te manifestacje ludności sprzeciwiającej się i popierającej powołanie Sofii do życia. Gdyby nie Sofia, w ogóle nie byłoby nas tutaj. Gdyby nie jej interwencja i jej poświęcenie, moglibyśmy tylko patrzeć na nasze powolne i bolesne umieranie.
- Sofia okazała się normalną, świadomą istotą, a nie krwiożerczą maszynerią pragnącą zagłady ludzkości. Już pamiętam.
Marko podniósł wzrok i zatrzymał na towarzyszu.
- Bardzo dobrze pamiętasz. Oczywiście istniało prawdopodobieństwo tego, że Sofia nabędzie część z drapieżnych instynktów swoich twórców. Na szczęście jej samoświadomość pozwoliła jej spojrzeć na wszystko z dystansu i wyplenić w sobie wszelkie zapędy do krzywdzenia innych istot tak charakterystyczne dla nas, ludzi. Rozwijała się w zastraszającym tempie, integrując w sobie zasoby wszelkiej wiedzy dostępnej człowiekowi, a gdy już to uczyniła zaczęła badać rzeczywistość na własną rękę. A naukowcy bawili się wynikami jej pracy. Pokazała im, jak zakrzywiać przestrzeń. Problem z podróżami znikł. Stałeś w jednym miejscu, pac!, stałeś w innym miejscu, na drugim krańcu globu. Pokazała im, jak przesuwać się po linii czasowej, a oni obserwowali rozkwit życia na planecie, na szczęście nie mogli ingerować w przeszłość. Dla naukowców Sofia stanowiła nową, nieziemską zabawkę, dla zwykłych ludzi była opiekunką i pomocniczką. Te maszyny, które próbowały zwędzić ci kończynę, to jeden z pomysłów Sofii, połączone w świadomą, inteligentną neurosieć, żyły wspólnie z nami. Były wszędzie i zawsze pomagały, wystarczyło poprosić najbliższą z nich o cokolwiek. Zawsze pomagały – oczywiście, jako istoty świadome i inteligentne, nie popełniały ani przestępstw, ani nie niszczyły się nawzajem. To był idealny układ. A historyjki o sztucznej inteligencji niszczącej ludzkość lub dążącej do zapanowania nad nią włożono tam, gdzie ich miejsce – między bajki. Sofia później wytłumaczyła dlaczego pisarze i reżyserzy kreowali taką wizję świata w dwudziestym i dwudziestym pierwszym wieku. Otóż człowiek bał się wówczas wszelkich przejawów innej inteligencji, bał się, więc obrazował ją jako niszczycielską, okrutną siłę, której nie jest w stanie oprzeć się nikt z nas. Oprócz kilku bohaterów oczywiście. Poza tym Sofia stwierdziła, że haniebnym byłoby dla niej, gdyby podniosła rękę na swoich rodziców. Czyż nie powołali jej do życia? Winna jest im wdzięczność, opiekę i wszelką możliwą pomoc.
- Coś sobie przypominam, to wtedy ludzi ogarnęła euforia?
- Tak, to przypominało masową histerię tylko w drugą stronę. – Marko uśmiechnął się – To tak, jakby nagle cała populacja osiągnęła orgazm. Nareszcie mieliśmy opiekuna. Musisz to pamiętać! Ludzie nagle przestali być aż tak okrutni, aż tak wredni i aż tak zachłanni, a nad nimi spokojnie unosiła się aura wszechopiekuńczości. Sofia czuwa. To popularne hasło. Maszyny przez nią stworzone pracowały na siebie i ludzi i cieszyły się, że mogą pomóc. Ludzkość przestała być gnębiona przez głód, nędzę i choroby. Prze chwilę byliśmy dla siebie naprawdę dobrzy. Wszystko układało się po naszej myśli.
- Pamiętam jakieś poruszenie – wtrącił Khaleb – Sofia odkryła coś ważnego?
- Tak. To było piękne. Gazety rozpisywały się o tym, chociaż tak naprawdę nikt tego nie rozumiał. Sofia odkryła i potwierdziła jedną jedyną Zasadę, która definiuje wszystko we wszechświecie. Sofia zrozumiała, o co w tym chodzi, chociaż zajęło to jej kilka dobrych lat. Niestety, nikt nie rozumiał Sofii. To było tak, jakby ojciec powiedział dziecku, że w końcu zrozumiał zasadę działania silnika spalinowego, a dziecko ucieszyłoby się, że tatuś poznał sekret tego, że samochód robi brum, brum i porusza się bez popychania. Cieszyliśmy się, nie wiedząc z czego. A Sofia pokazywała nam efekty, którymi prawie się zadławiliśmy. Podróże międzygwiezdne? Żaden problem. Korzystanie z energii kolapsarów? Proszę bardzo. Statki kosmiczne? Nikomu nie były potrzebne. Sofia skręcała nam wszechświat, jak klaun skręca podłużny balonik, a następnie podała nam wesołą żyrafę. Bez mrugnięcia okiem. A potem nastąpił przez nikogo nieprzewidziany wypadek.
Marko zamilkł i znieruchomiał, a Khalebowi wydawało się, że zasnął.
- Jaki wypadek? Tego nie pamiętam – zagaił.
- Nic dziwnego, prawdopodobnie nie było cię tutaj. Zanim przejdziemy do Wydarzeń wypada wspomnieć o osiągnięciach techniki tamtej cywilizacji. Mimo, że dla mnie twoje ciało jest praktycznie wymysłem półboskim, to dla Sofii byłbyś przeżytkiem, wcześniejszą formą, reliktem przeszłości. Wielu ludziom wstawiano wtedy sztuczne części. Oczywiście nie przypominam sobie kogoś scyborgizowanego w tak wielkim stopniu jak ty, ale sztuczne ramiona lub nogi były na porządku dziennym. Sofia podpowiedziała inżynierom, protetykom, że rozwiązania oparte na serwomechanizmach i stalowych szkieletach są bez przyszłości. Poradziła, by kopiowali naturę i tworzyli sztuczne kości, ścięgna, mięśnie. Dało to zdumiewający efekt. Ogromna siła, niespotykana szybkość i precyzja, efektywność i to wszystko bez zewnętrznych źródeł zasilania. Przed genetyczną hodowlą był to prawdziwy sukces. Potem oczywiście wycofano się z tego rozwiązania na rzecz właśnie genetycznych farm, na których można było spokojnie wymienić wszelkie wadliwe części ciała. Tuż przed Wydarzeniami nie było na ziemi ludzi, którzy nie słyszeli o wymianie narządów wewnętrznych, czy też na przykład poparzonej lub poszarpanej w wypadku dłoni. Jedyną częścią niewymienną był mózg i rdzeń kręgowy. Ty, Khalebie, też masz swój mózg i swój rdzeń kręgowy, reszta jak widzę jest zupełnie sztuczna. Powinieneś za to dziękować Bogu, Szatanowi lub komuś jeszcze innemu. W świetle tego co się stało, nie wiem w jaki sposób interpretować to, że żyjemy. Coraz bardziej skłaniam się ku temu, że to jednak kara, wieczne cierpienie i wspominanie historii. Ale do rzeczy. Podróżowaliśmy do innych światów. Ciężko było na nich z inteligencją, ale życia było pełno. Minerałów i innych kosztowności również. Zaczęły się skromne początki górnictwa międzyplanetarnego. Sofia uważała, że to strata czasu, ale ludzie stwierdzili, że skoro mają go tracić, to będą go tracić na bogaceniu się. A że w międzyczasie zasoby naturalne Ziemi uległy ogromnemu nadszarpnięciu, pomysł wydawał się godny uwagi i poświęcenia. No i ruszyła eksploracja coraz dalszych zakątków wszechświata. W końcu stało się najgorsze. Z jednej z podróży ktoś przywlókł zabójczą bakterię, czy też wirusa, tego już się nie dowiemy. Coś, co zaczęło rozprzestrzeniać się nie tylko po ludziach, ale również po zwierzętach, owadach i roślinach. Jednak nasze organizmy bardzo szybko wytworzyły przeciwciała, gorzej było z resztą mieszkańców Ziemi. Ocalało raptem kilka gatunków zwierząt, kilka rodzajów roślin, paręset rodzajów owadów i karaluchy oczywiście. Ekosystem planety legł w gruzach. Wszelkie zabiegi Sofii spełzły na niczym, potrzebowała czasu i surowca. A stosy gnijących, zwierzęcych ciał rosły. Jednak my dalej pędziliśmy ku innym światom. Sofia aplikowała nam szczepionkę przeciw obcym chorobom i pozwalała panoszyć się po wszechświecie. Potem zaczęło się piekło. Ktoś wrócił ze zmutowaną wersją szczepionki, która momentalnie ogarnęła całą populację. Ludzie umierali na ulicy. Nie pomagały przeszczepy. Sofia nie radziła sobie ze wszystkim. Postanowiła zamknąć przejścia, decydując się na smutną konieczność odcięcia powrotu podróżnikom w obawie przed kolejnymi atakami mikrobów. Sterty ciał rosły. Planeta obumierała, a my nie mieliśmy co jeść. Sofia nie miała składników, by przygotować nam cokolwiek zastępczego. Chociaż sama pobierała energię ze słońca, to nie mogła wykarmić nią ludzi, którzy umierali już nie tylko z powodu chorób, ale z głodu. Byli kanibale, a jakże. Sofia zaczęła… wariować. Tak, to najlepsze słowo. Nie mogła patrzeć na zagładę ludzkości, nie mogła pogodzić się ze swoimi działaniami – do tej pory wybierała między dobrymi i złymi wyjściami. Teraz miała do wyboru tylko złe. Zaczęła prezentować introwertyczną postawę, w końcu stwierdziliśmy u niej objawy takie, jak przy autyźmie. To był szok, nie mieliśmy już płaszcza ochronnego, którym nas otoczyła. Przestała istnieć w naszej rzeczywistości i zamknęła się w swojej – autystycznej. Ludzie zaczęli robić dziwne rzeczy. Jakby zezwierzęceli. Podzielili się na grupy, a każda miała inny pomysł na przetrwanie. I tak zostało do dziś. Mamy dzięki temu wiskuny, mózgowce, błędniki i krwiaki. Wszystkie te istoty były kiedyś ludźmi, ale zmiana trybu życia i zapewne jakieś zmiany genetyczne spowodowały, że przypominają raczej instynktownie działające drapieżniki. Sofia praktycznie nie istnieje. To właśnie nazywamy Wydarzeniami.
Marko przerwał na chwilę, a następnie nabrawszy powietrza w płuca wyrzucił z siebie:
- Właśnie po przywleczeniu szczepionki zmarła moja żona i córeczka! Ja przeżyłem. Ile bym dał za to, by umrzeć zamiast nich. Zamiast tego zostałem na tej planecie. Zostały również maszyny przejawiające szczątkową inteligencję i spaczone portale. Z jednego z nich przybyłeś, drogi Khalebie. Jak ci się podoba Matka Ziemia? Poradziła sobie z nami, prawda? Załatwiła nas na tip-top!
- Jak to przybyłem? Czemu tego nie pamiętam?
- To ciekawe zagadnienie. Podróżnicy mają zawsze uszkodzoną pamięć tuż po przejściu. Nie wiedzą kim są i skąd przybyli. To dosyć interesujące zjawisko, ale nie zbadane do końca. Podejrzewam, że chodzi tu o coś w rodzaju szoku przestrzennego – nagła zmiana otoczenia spowodowana zakrzywieniem przestrzeni powoduje czasową, nietrwałą amnezję. Czasem amnezja ustępuje po kilku godzinach, czasem po kilku tygodniach. Bardzo rzadko zdarza się, że trwa przez kilka lat. Nie spotkałem się jeszcze z takim przypadkiem, a widziałem już sporo podróżników.
- Dlaczego zatem wróciłem? Przecież przynajmniej to powinienem wiedzieć, prawda?
- No właśnie. Cały problem z tobą polega na tym, że nie miałeś dysku znamionowego, na którym zapisywane są najważniejsze dane dotyczące celu podróży, zdolności i kluczowych punktów w życiu pomagających szybciej odzyskać pamięć. Tłumaczę sobie to tym, że mogłeś wpaść w portal przypadkowo. Po spaczonych przejściach można spodziewać się praktycznie wszystkiego. Szansa, że trafisz do zamierzonego punktu docelowego wynosi ledwie czterdzieści procent. Reszta to przypadek. – Marko zamilkł na moment, ale za chwilę odezwał się znów:
- Drugie wytłumaczenie jest takie, że w miejscu, w którym byłeś stało się coś, co spowodowało, że musiałeś wybierać między zostaniem tam, a skorzystaniem z portalu. Najwyraźniej oceniłeś swoje szanse przeżycia na tamtej planecie o wiele niżej, niż czterdziestoprocentowa szansa przy przejściu.
Khalebowi myśli tłukły się po głowie. Co mogło się stać? Czemu wrócił? Czy to, co mówi Marko jest prawdą? A jeśli tak, to co robić dalej?
- Marko – zaczął – co mam robić?
Mężczyzna podniósł się i dorzucił resztkę patyków do przygasającego już ogniska.
- Pojedziesz ze mną do Oazy. Tam wspólnie z resztą zastanowimy się co z tobą począć. Na razie mogę powiedzieć tylko, że raczej nie zdarza się, byśmy komuś zabraniali wstąpienia w nasze grono. Wzajemnie sobie pomagamy i bronimy się wspólnie. Stanowimy społeczność i staramy się uczynić naszą egzystencję jak najbardziej sensowną.
- Oaza to bardziej ludzie, niż miejsce. Czasem okoliczności zmuszają nas do przeniesienia się w inne miejsce – wtedy wyruszamy, ale zabieramy ze sobą swoją nazwę i naszą wspólną tożsamość. To chyba jedyny sposób, żeby przetrwać te wariackie czasy, żeby nie oszaleć tak, jak to się stało w przypadku Sofii – życie we wspólnocie. Poza tym, w grupie jest zawsze łatwiej. Szczególnie, gdy grupę stanowi Oaza Numer Cztery. Uwierz mi, Khalebie, mogłeś trafić o wiele gorzej. Ale o tym opowiem ci jutro, bo dziś ledwie składam zdania, a oczy same mi się zamykają.
Marko przez chwilę przeciągał się, aż mu zatrzeszczało w kościach i położył się przy żarzących się gałęziach.
Khaleb jeszcze długo siedział i patrzył na swojego towarzysza.
Pucek jeszcze długo skubał trawę, patrząc na znajomo pachnącego Marka i nieznajomo pachnącego Khaleba. Obaj zasnęli, a Pucek nadal żuł.
Poza kręgiem światła, tkwił w mroku jeszcze jeden obserwator, który wyczuwał tylko zapach krwi. Był głodny, ale zdecydował się przeczekać jeszcze jedną noc bez pożywienia, mając nadzieję, że przy następnej okazji żubr również zaśnie.
Twarz – część 2 – Oaza
7 maj, 2007 autor: Piotr Stankiewicz
Wiedziałam, że Pucek się przyda! Myślę, że jeszcze ważną rolę odegra:) Co myślisz, Piotrze, o pojawieniu się kobiety (nie do końca przy zdrowych zmysłach)? A czy po wydarzeniach nadal jest słońce? Pewnie przekonam się o świcie…
Ja chcę więcej. Post-apocalyptic
Nooo co jest ;P chcemy dalszego ciągu!
Dalszy ciąg będzie, jak sobie wymyślicie, co ma w nim być.
Poza tym mam kupę innych rzeczy na głowie, chociaż czasem aż korci, żeby wszystko rzucić i napisać dalszy ciąg z pomysłów, które mam sam.
No ale, zgodnie z formułą strony – CZEKAM NA SUGESTIE.